.

1 2 3

poniedziałek, 27 lutego 2012

Tańcowała igła z nitką - Raaany Kot!!!

napisane przez Ania o godzinie 00:19 3 Komentarze

Kilka dni temu Raaany Tata przywlókł od Raaany Babci maszynę do szycia. Przyznam się szczerze, że nosiłam się z zamiarem kupienia pięknego Łucznika w tęczowe motylki, ale dziura w budżecie (całe szczęście) mnie powstrzymała :PPP
Maszyna przyjechała, troszkę obserwowałyśmy się ukradkiem... tak jakoś niepewnie, nieśmiało...
W końcu odważyłam się i postawiłam ją na stole, oglądałam wszystkie dziurki, oczka, śrubki... no cóż pierwsze koty za płoty.
Wizyta Raaany Babci zmobilizowała mnie do szybkiego przeszkolenia bojowego...

"No jak to, nie wiesz?
tu nawlekasz, potem przekładasz przez to oczko, potem przez te dwa a potem - widzisz? - tu jest taka sprężynka, to przewlekasz przez tą sprężynkę, przekładasz nad tym drucikiem a potem nad tym otworkiem, ale pod tym tutaj haczykiem, potem już tylko tu - i tu, przewlekasz przez oczko w igle.... i gotowe!!! teraz jeszcze masz drugą nitkę.... (...)
"
A ja co chwilę powtarzałam:
"To ja może sobie zapiszę... to ja może sobie zapiszę....."

Kiedy już się zaprzyjaźniłam z tymi okienkami, dziurkami, sprężynkami, haczykami, klapkami, kółeczkami - stwierdziłam, że zmiana koloru nici do szycia to właściwie fanaberia i nie należy jej zbytnio ulegać...

Potem już tylko trzeba było się zdecydować na to, co uszyć i z CZEGO?
Na pierwszy ogień poszły stare spodnie sztruksowe Raaany Taty :D i projekt KOT!


Odrysowałam (na lewej stronie materiału) kota z ogonem w górze - projekt wypalił dopiero za trzecim razem, bo moi drodzy: skręcenie ogonka 4 razy to nie najlepszy plan, jak na pierwsze spotkanie z ZOCHĄ - (takie to urocze imię otrzymała maszyna po paru chwilach razem...)
Na polarze narysowałam łebek - a to, co działo się potem niech już zostanie tylko w mojej pamięci, Julek zaglądał od czasu, do czasu zobaczyć co ta mama z ZOCHĄ wyczynia i komentował swoim odwiecznym: 

- A kuku! Bzzzzziiiiii!

Po uszyciu i przewróceniu na drugą stronę (co ku mojemu zdziwieniu zajęło mi prawie pół godziny) wypchałam kocura wypełnieniem wygrzebanym z jakiejś poduchy...
Potem wyższa szkoła jazdy: uszy, nosek i uśmiech - tak się rozkręciłam, że dodałam jeszcze jęzorek a do tego oczy z guzików - zszyłam głowę, wypchałam, połączyłam dwie części razem iiiii muszę Wam powiedzieć, że mój pierwszy w życiu kocur skradł moje serce.
Wisi sobie teraz na klamce, obserwuje Raaany Julkową rodzinkę i mrrrruczy, że chciałby jakąś koleżankę :P
Jak tylko wyjdę z szoku po obcowaniu z ZOCHĄ (słyszę jeszcze ten warkot :P) to na pewno coś jeszcze uszyję. Polecam Wam zrobienie dla maluchów takiej przytulanki - w żadnym markecie takiej nie znajdziecie!!!
To mój skromny zbiór materiałów :D oczywiście wciąż nie wystarczający.

3 komentarze :

  1. ja też na początku szyłam na takiej starej maszynie- to było przeżycie, i przeszycie, cóż ona wyprawiała: pętelki, przerywniki, rwanie nici, ale ja się zaparłam, albo ja albo maszyna. wygrała, więc teraz mam Elnę i jest o niebo lepiej. Kotek milusi, też szyłam takie na klamki, a moje bliźniaki dyndały nimi gdzie się dało, pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. Też mam taki "skarb" i szycie na nim strasznie jest dla mnie męczące :/ Dlatego niestety szyję jak muszę . Może kiedyś dorobię się lepszego sprzętu to zaszaleję ;P

    OdpowiedzUsuń
  3. Ach jakie to będzie przeżycie przesiąść się kiedyś do maszynowego porche :D może kiedyś sprawię sobie tą wymarzoną w motylki - kiedy szycie nie wyjdzie to chociaż sobie popatrzę...

    OdpowiedzUsuń

shareThis